Ja – Emigrantka

To już rok w Anglii. Minął rok jak tak sobie  żyję na obczyźnie z rozdartym serduchem. Minął niewiarygodnie szybko i mimo wszystko pięknie. Zaszło wiele istotnych zmian. Przylatując tu nie miałam pojęcia co mnie i moją rodzinę czeka. Rok temu wszystko było obce. Było, bo już nie jest.

Pamiętacie jak pisałam o pożegnaniu na lotnisku? O tym jak było mi ciężko opuszczać Polskę nie mówiąc już o tym jak trudno było podjąć decyzję w ogóle o emigracji ? Byłam taka wystraszona gdy z 20 miesięczną Michalinką, będąc w 26 tygodniu ciąży wsiadałam do samolotu. Anglia przywitała nas piękną pogodą i od tamtej pory chłonęliśmy nową rzeczywistośc. Każdy wszedł w swoje obowiązki. Mąż pracował, ja zajmowałam się domem i Misią, oczekując na sierpniowy poród.

Minął rok a ja nie czuję się już całkiem obco. Mam tu kawałek swojego świata. Poznaliśmy kilku znajomych z którymi się spotykamy. Mamy Polski Dom i polską parafię. Znamy kilku sąsiadów. Obok naszego bloku jest mała farma, której właścicielem jest nasz sąsiad. Chodzę tam  z dziećmi oglądać dwa konie i karmić króliki, które Misia nazwała Richard i Rebecca (kto zgadnie z jakiej bajki :) ?). Sąsiad hoduje też kury i co niedzielę dostarcza nam jajka po dobrej cenie. Brzmi jakbyśmy mieszkali na jakiejś wsi ale do centrum też mamy blisko. Apropo angielskiej wsi, jest przpiękna. Bardzo lubię przejeżdzać przez różne wioski bo odnoszę wrażenie że dawno temu czas się tam zatrzymał. W ogóle, nie mogę się doczekać ładnej poogody (a ta się zdarza!) bo zaczniemy znowu jeździć nad morze w weekendy.

Z angielskim też jest już lepiej. Co prawda podstawy miałam niezłe z Polski bo słownictwo i gramatykę mam na dość dobrym poziomie, ale język żywy to jednak inna bajka. Nadal wielu rzeczy nie rozumiem. Ba, bywa że nie rozumiem prawie nic co ktoś do mnie powiedział. Tym się jednak bardzo nie przejmuję, bo to temat do ogarnięcia. Póki co większośc czasu mówię po polsku..do dzieci.

Czy poleciłabym komukolwiek wyjazd do Anglii? Nie, ale też bym nie odradzała. Takie decyzje są trudne i bardzo indywidualne. To zależy od człowieka, czy jest na tyle otwarty by choć odrobinę chciał otworzyć się na nową kulturę, inny świat. Emigracja z całą rodziną niesie za sobą jeszcze inne dylematy. Nie jest łatwo, ale nam na przykład w Polsce też nie było. Z perspektywy roku oboje z mężem twierdzimy, że podjęliśmy dobrą decyzję. Czy chcemy wrócić? No pewnie, zawsze będziemy tęsknić za Polską, ale w tej chwili skupiamy się na życiu tutaj. Życie pokaże. Czego najbardziej brakuje mi w UK? – Rodziny, gorącego lata, dobrego chleba, polskiej czystości i polskiej służby zdrowia (!!!), Co zyskałam będąc tutaj?  - spokój, że w końcu nie braknie nam od pierwszego do pierwszego, uprzejmośc wielu ludzi, nowych znajomych i perspektywy.

Jak to w życiu, bywają gorsze i lepsze dni. Tam dom nasz gdzie serce nasze i to jest prawda największa. Zawsze w życiu za czymś tęsknimy bo nie można mieć w życiu wszystkiego na raz.

Oto jest Misia

Oh! Co my z tym dzieckiem mamy..

Misia, Michasia, Michalinka od niedawana zwana Miszeliną. Właśnie skończyła 2,5 lata. Jej narodziny były dla mnie impulsem do rozpoczęcia tego bloga. Chyba każdy rodzic się zgodzi, że pierwsze dziecko jest wyjątkowe ( nie umniejszając broń Boże tym kolejnym), bo to w końcu wraz z przyjściem na świat pierworodnych, rodzi się w nas uczucie nieznane nam dotąd. Mega miłość, miłość rodzicielska. Przy okazji rodzi się w nas tyle wątpliwości czy podołamy. Wszystko jest nieznane i takie pierwsze.

Nam przyszło się  zmierzyć z wychowaniem Michalinki, która od samego początku pokazuje kto tu rządzi. Biała albo czarna, zimna albo gorąca, diabeł albo anioł….i nigdy pomiędzy. To nie jest typowa dziewczynka, co też nieraz jest dla nas powodem do dumy, że mamy w domu taki nieodkryty skarbek. Dużo mówi, ale tylko w gronie najbliższych. Nieraz zaskoczy taką ripostą, że aż w pięty idzie. Wśród nieznajomych jest jednak cichutka, potrzebuje sporooo czasu na to by się otworzyć. Czasem żałuję, bo nie mogę się nią pochwalić przed innymi. Jest bardzo bystra. To wielka obserwatorka. Bardzo dużo myśli. Nawet w sposobie poruszania się, stanowi jakiś wyjątek. Gdy inne dzieci biegną po cUkierka, ona spokojnie podchdzi, czeka, aż tłumek się rozejdzie i nastanie jej kolej. Nie oznacza to jednak, że brak jej energii i tempersmentu. O nie!

Odkąd skończyła 3 miesiące, zaczęła się wojna pt.’usypanie’. Dziecko chodziło spać pomiędzy 23 a 1 w nocy. Na nic się zdało ucinanie dziennych drzemek i wszelkie inne sposoby. Ma juz 31 miesięcy, a na swoim koncie może 7-8 nocy przespanych do rana. Na szczęście od jakiego czasu udaje się ją położyć przed 21.30

Miesiąc temu zaczęła chodzić do żłobka na 15h tygodniowo. Niestety już na trzeci dzień złapała anginę ropną. Od jutra zaczyna znowu.

Misia jako siostra przeszła mietamorfozę. Pierwsze pół roku życia Jasia, budziło mój niepokój, bo w ogóle nie interesował on swojej siostry. Ostatnio nastąpił przełom. Michalinka zapałała miłością do brata. Pewnie dlatego, że Janek stał się wielkim fanem wygłupów Miśki, a ona czuje że ma wiernego widza, który wodzi za nią oczkami i tylko czeka co też wymyśli ta mała blondynka. Oczywiście nadal bywa, że muszę wkroczyć i obronić mojego niemowlaka.

Nie muszę chyba mówić, że jest zdecydowanie dziewczynką tatusia, który ma do niej słabość i chyba większą wyrozumiałość. Ja zaczynam mieć  z nią typowo ‚dziewczyńskie’ relacje co teżm nie bardzo cieszy. W końcu mam z kim wybrać w sklepie kolor lakieru do pazokci. Z resztą malujemy tylko jej pazurki, bo na swoje nie mam czasu.

Często zasanawiamy się, co też wyrośnie z tej naszej córki. Niewątpliwie, ktoś bardzo wyjątkowy. :)

Come Back

Halo Halo, ktoś tu jeszcze zagląda? Hucznie nazwałam tytuł notki, ale kto wie jak to z tym moim powrotem do pisania będzie.

Od czego by tu zacząć? Wróciłam dopiero z Polski. Po 7 fantastycznych tygodniach znowu jesteśmy u siebie, czyli w Uk. Tak, znowu na lotnisku serce rozdarło się na pół, ale tym razem mam o wiele mniej czasu na rozmyślanie i bierną tęsknotę. Znwou muszę nauczyć siebie i dzieci funkcjonowania bez babci, dziadka i innych słodkich elfów, które przez cały czas w Polsce pomagały i wyręczały mnie w wielu czynnościach przy dzieciaczkach. I wiecie co jest mi cholernie ciężko, tak bardzo,  że czasem wątpię, że damy z mężem radę wychować ich na ludzi, zwłaszcze Michalinę.

Na opisywanie perypetii dotyczących wychowywania Misi mogłabym założyć oddzielnego bloga. Trafiło nam się dziecko! Dlaczego nie piasałam tak długo? No właśnie, z totalnego braku czasu. Bo gdy już od rana układałam nieraz w głowię co  napiszę, wieczór okazywał się totalną porażką, bez minuty dla siebie…Z resztą takich dni u nas większość. Wiem, przecież nie jestem jedyną matką, której ciężko. Jak mogę w ogóle narzekać, skoro moje dzieci są zdrowe i śliczne….? Skoro nie pracuję  i jedynym zajęciem jest wychowywanie i pielęgnacja moich pociech. A jednak.

Dla przypomnienia. Misia m 2,5 latka a Janek ma 5 miesięcy. Gdyby nie Janek, nie wiedziałabym, że dziecko potrafi być grzeczne. Nie uwierzyłabym, znajmoym zachwalające swoje dzieci. A jednak :) Synek jest w większej mierze dzieckiem bezproblemowym. Ostatnie kilka dni po powrocie są nieco trudniejsze, ale myślę, że to może być ząbkowanie i aklimatyzacja w nowym otoczeniu. Niestety bardzo niewiele potrzebuje snu z resztą tak samo jak jego siostra.

Misia, to jest zagadka, jak to czasem mówię, do męża, jest ona dla mnie nie lada wyzwaniem. Trudne to dziecko. Bardzo.. Śmiało mogę powiedzieć, że robi za dwójkę dzieci. Jednocześnie jest tak bystra i pocieszna. Tylko tak bardzo mi  czasem żal, że przez ten jej ciężki charakter to ani my ani ona nie będzie mieć łatwo. To moje pierwsze i wyjątkowe dzieciątko. Tylko tak czasem się boję o nią.

Relacja brat-siostra też pozostawia sobie póki co wiele do życzenia. Można powiedzieć, że Michsaia traktuje Jasia jak powietrze. Miewa jednak odruchy te dobre jak i te złe. Czy na próżno całą ciążę przygotowywałam ją na przyjście na świat braciszka?

Wiele w mojej głowie dylematów ostatnio. Brak czasu na poukładanie myśli i wieczny chaos, wszędzie dosłownie..

3 Najpiękniejsze lata

Nie piszę tu ostatnio. Nie jest bynajmniej tak, że brak mi tematów i przemyśleń do podzielenia się z Wami. Wręcz przeciwnie, każdego dnia mogłabym pisać, bo każdego zwykłego dnia doświadczam cudu.

Wczoraj minęło nam trzy lata małżeństwa, piękne trzy lata, w których wydarzyło się tak wiele. Wspólnie przeżywaliśmy przyjście na świat naszych dzieci i to one są najlepszym co nas spotkało w ciągu tych 36 miesięcy. To one motywowały nas do wielu zmian, do walki o lepsze jutro i o staranie sie o siebie. To one sprawiły, że widzę w moim mężu jeszcze więcej dobrych cech, o istnieniu których nie miałam kiedyś pojęcia. To one są naszym łącznikiem już na zawsze. To one są najprawdziwszym odzwierciedleniem naszej miłości małżeńskiej.

Z każdym rokiem kocham męża mocniej i dojrzalej. Jest dla mnie najlepszym przyjacielem i kompanem. Potrzebuję go na każdy dzień jak powietrza. Każdego dnia tęsknię za nim gdy jest w pracy. Każdego dnia wpatruję się w moje dzieci i widzę jego. Chcę by taki ‚każdy dzień’ trwał zawsze.

Życzę naszemu małżeństwu kolejnych takich lat i Opatrzności Tego, który nam tę miłość dał i czuwa nad nami nieustannie.

Poród nr 2… czyli jak pomnożyła się miłość

Mój ósemkowy chłopczyk przyszedł na świat 6 dni po terminie. Tak samo z resztą jak moja córka. Janek to mała ósemka, bo rzecz działa się dnia 8.08 w sali numer 8 i trwała nieco ponad 8h. Na pierwszych śpioszkach też wyszytą miał dużą ósemkę.

Akurat przyleciała moja mama. Od piątkowego rana brały mnie nieprzyjemne lecz nieregularne skurcze. Potem ustały by na dobre dać o sobie znać w nocy. Jeszcze wieczorem pojechałam z mężem do szpitala na ktg. Tu w Anglii na ktg jeździ się gdy coś niepokoi. Przyznam, że trochę musiałam nasciemniać, że kiepsko odczuwam ruchy dziecka, by mieć jakiś powód dla którego chcę mieć zrobione ktg. Wydruk z ktg wykazywał skurcze, ale wiedzialam, że to nie to. Dodam, że 3 dni wcześniej moja położna zrobiła mi masaż szyjki, i stwierdziła 3 cm rozwarcia. Nie robiło to na mnie wrażenia bo z córką odszedł mi czop, rozwarcie miałam prawie na 5 cm a i tak przechodziłam jeszcze tydzień. W szpitalu położna zaproponowała, żebym poszła już na oddział gdzie zrobią mi indukcję poprzez przebicie pęcherza płodowego. Przyznam, że od początku przeciwna byłam wywoływaniu porodu. Tym razem jednak uległam. No skoro już przyleciała mama, a ja już z mężem jestem w szpitalu, to pasowałoby urodzić. Z resztą… to drugi poród po niedługiej przerwie. Wszystkie kobiety w rodzinie zapewniały, że tym razem pójdzie o wiele szybciej i nie tak boleśnie. Czego miałabym być wyjątkiem?

Położna kazała nam zejść na dół do szpitalnej stołówki i porządnie się najeść. Ale jak to? Przecież w Polsce jest na odwrót….czyli lewatywa. Położna wyjaśniła, że oni już tego nie praktykują, bo sądzą, że kobieta powinna mieć siłę na rodzenie. W pełni się zgadzam ! Po romantycznej kolacji, udalismy sie na oddział. Dostałam super salę jedynkę z pięknym widokiem, darmowym telewizorem, lśniącą łazienką i bardzo wygodnym łóżkiem. Do dziś pamiętam ten wór z grochem na którym spałam w polskim szpitalu. Znowu zostałam podpięta do ktg. Tym razem nic. Nie było dostępnego lekarza więc kazali mi sie położyć i czekać na lekarza bądź skurcze. Mąż spał obok na fotelu. Już przed 3  w nocy złapały mnie skurcze, te skurcze. Nie chciałam budzić męża  i schowałam sie pod kołdrę by nie słyszał jak stękam z bólu. Nic to nie dało, bo bylo coraz mocniej. Zawołałam położną by oznajmić, że to „to”. Jak to na początku porodu, świadoma i jeszcze w pełni sił wstałam z łóżka by zacząć realizować mój plan porodu, który napisałam kilka tygodni wcześniej. A myślą przewodnią mojego planu był ” active labour”, czyli poród aktywny. Nie chcialam leżeć jak kłoda i jęczeć z bólu jak to było za pierwszym razem. Tyle się naczytałam  na ten temat przecież. Rodzić chcialam w birth center gdzie miałabym dostęp do różnych „zabawek” wspomagających moją aktywność. Scenariusz nie przewidywał jednak, że tym razem będzie jeszcze gorzej….

Przewieziono mnie na wózku do sali porodowej. Szybko brakło sił by chociaż siedzieć i zmieniać pozycję. Nie wiem jak to wszystko opisać. Było strasznie. Jedynym znieczuleniem był gaz. Nie zgodziłam się w planie na epidural itd bo boję sie ryzyka jakie niosa za soba różne środki. Z resztą tak jak pisałam, nastawiona byłam na lajtowy poród.

Pamiętam, że przez moja salę przewinęło sie kilka położnych i chyba 2 lekarzy by konslutować co robić ze mną dalej i by sprawdzać co z dzieckiem. Zakładali synkowi sondy na główkę bo szukali już tętna gdy jeszcze we mnie był. Na 7,5 cm trwałam 2h… aż w końcu personel zaczął dyskutować czy włączyć oksytocynę, czy dać jednak epidural, ja błagałam o cesarkę. W Anglii cesarskie cięcie na prawdę uznawane jest za ostateczność. Nie jestem w pełni świadoma co działo się dokładnie. Pamiętam, że mierzono mi obwód łydki by dobrać skarpety, w których rodzi się gdy dadzą epidural. Dostałam jakieś 2 zastrzyki, chyba w końcu spróbowano z oksytocyną. W międzyczasie odwracano dziecko bo ułożył sie twarzą do sufitu…Położna bardzo nalegała bym oddała mocz bo pęcherz uciska. Podnosili mnie z mężem oboje ale opadałam bezwładnie na łóżko. Tak…sikałam pod siebie. Pamiętam jak pytali mnie o imię i czy pamiętam datę urodzenia…….odpływałam. Ból był nie do zniesiennia. Widok męża też…na jego twarzy rysował sie niepokój, strach, że coś jest nie tak. I raptem przyszły parte bóle a wraz z nimi siła na wydanie na świat mojego syneczka. Do dziś w uszach mi brzmi ten ryk, nieludzki głos, który wydobył się ze mnie. I jeszcze to uczucie gdy rozrywało się moje krocze…

Syneczek mój jest śliczny i zdrowy. Kocham go tak samo jak córeczkę. Nie chcę już więcej porodów…

… i zdarzył się cud

Ja tylko tak na chwilę..

Dwa dni temu na świecie pojawił się nasz synek Jaś. I tak jak w tytule, zjawisko to zaliczam do kategorii cudów. Poród miałam bardzo ciężki, nie obeszło się bez komplikacji a mój plan porodu daleko odbiega od  scenariusza, które napisało życie. Ale nic już się nie liczy, bo w domu mam teraz dwa ukochane i zdrowe skarby. To zdumiewające odkrycie: dwoje różnych dzieci a taka sama, szalona miłość do dwojga.

Kocham Cię życie.

Ostatni raz przed porodem

Jako że wena mi ostatnio nie dopisuje, a może po prostu uznaję, że to co miałabym napisać jest mało interesujące w porównaniu do tego co czytam czasem u Was, mój blog nie tętni ostatnio życiem. Jestem teraz jakaś rozkojarzona, bardzo wyciszona. Nie wiem czy to spowodowane nadchodzącymi zmianami?

W piątek przyjeżdzają do nas pierwsi goście i zostają do wtorku. Codziennie coś ogarniam w domu i planuję zakupy na ich przyjazd. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie będę pewnie w stanie być w te dni super dyspozycyjną panią domu. W środę natomiast przylatuje mój brat, bo ktoś musi być ze mną, gdyby mnie w razie już złapało a z Michasią nie miał kto zostać.Niby wszystko dopięte na ostatni guzik, zaplanowane, a ja mam taki mętlik w głowie i nadal obawy, że nie zdążę czegoś zrobić przed porodem.

Anglia, nasza Anglia ostatnio rozpieszcza nas dość ładną pogodą. Od razu jakoś chce się wychodzić z domu gdy świeci słońce. W sklepach zaczęły się przeceny a ja najchętniej wszystko bym kupiła…Misi, nie sobie :) Na mnie teraz nic nie leży jak powinno, choć muszę przyznać, że mój brzuch nie jest wielki i wg. mojej położnej  to nie będzie duży chłopiec. Nie wiem czy chociaż 5 kg mi przybyło. Z resztą tak samo jak w pierwszej ciąży. Tak sobie chodzę co 2 tygodnie do mojej położnej i nic w sumie nie wiem. Może to i lepiej, a może nie. Niby wiadomo, że mały jest  w odpowiedniej już pozycji, a ja nie mam nadciśnienia :P cóż więcej można orzec skoro nikt tu nie bada. Pamiętam, że z Misią miałam już rozwarcie na 1 cm a potem raptem zrobiło się 4,5 cm.  Polska to trochę kraj lekomanów i hipochondryków, ale tu zbyt luźne podejście poraża. Ciekawa jestem bardzo porodu. Jak tylko znajdę czas to wszystko tu opiszę :) Trzymajcie kciuki za moją powiększającą się rodzinkę !

Boję się. Termin tuż tuż..

35 tygodni skończonych, wkroczyliśmy w tydzień 36. Mogę śmiało powiedzieć, że do porodu zostało już niewiele. Zważywszy na to co ma się wydarzyć u nas teraz w najbliższych tygodniach…czasu tego wcale nie mam tak dużo. Na dobre zaczynamy już przygotowywanie wyprawki dla synka i dla mnie do szpitala. Owszem, włączył mi się instynkt wicia gniazda, ale niestety towarzyszy mi przy tym jakiś lęk, uczucie, którego nie doznałam w pierwszej ciąży. Pewnie dlatego, że jestem w Anglii, gdzie wszystko inne, nie wiem czego się spodziewać. Boję się, że sobie nie poradzę przy dwójce. Michasia  skończy dopiero 2 latka. Nadal muszę czasem pójść do niej w nocy, rano ubrać, nakarmić. Już teraz jest czasami ciężko, mimo że córeczka jest tak cudownie grzeczna i pocieszna a przy tym zdrowa. Owszem miewa gorsze dni, jak każdy.

Boję się, że nie przygotuję się tak jakbym chciała. Dom na przyjęcie małego człowieka musi lśnić !  Tym bardziej, że przez następne miesiące nie będę mieć za pewne czasu na większe porządki. Mąż zawsze mówi, że pomoże, ale znam go. Nie jest typem estety, absolutnie nie wyniósł tego z domu rodzinnego. Do tego wszystkiego za 2 tygodnie spodziewamy się gości. Brat męża z żoną i dziećmi odwiedzają nas i tym samym robią sobie wakacje. Dobrze, że już w miarę umeblowaliśmy mieszkanie i mamy gdzie położyć gości. Cieszę się na gości z Polski, chociaż byłam na początku w szoku gdy rodzina męża zaproponowała swój przyjazd w takim momencie. Przeraża mnie to trochę. Muszę myśleć co dla tylu osób ugotować, wyprać pościel, ręczniki i zwolnić pokój, który powinien  czekać już na synka. Nie wiem czy jestem wredna, czy po prostu panikuję?

Boję się porodu, staram się o nim nie myśleć. Wypieram z głowy wspomnienia o bólu, ale to samo powraca. Mam nadzieję, że mąż będzie przy mnie podczas akcji. Przylatuje mój brat, żebym w razie czego miała z kim zostawić Michasię gdy wszystko się zacznie.

Boję się tego co potem. Tutaj w Anglii, kobieta wychodzi do domu kilka godzin po porodzie. Po pierwszym porodzie, jakieś 5 godzin „po” udało mi się w końcu pójść wziąć prysznic, ale i tak zemdlałam. Potrzebowałam wtedy tych 3 dni bycia z córeczką w szpitalu, by sama się zregenerować. Poza tym wiedziałam, że jestem cały czas pod opieką i że w razie czego pomoc natychmiast nadejdzie.  Teraz będą kazać się pakować. Wrócimy do domu i nie wiem co dalej. Moja mama przyleci na 2 tygodnie. Na teściową nie mam co liczyć. No może i zgodzi się na odwiedziny ale jak to zwykle bywało, to ja musiałam koło niej skakać. Nie potrzeba mi dodatkowych stresów.

Boję się moich relacji z mężem po tym jak nasza rodzina się powiększy. Mimo tego, że wiem, że kolejne dziecko go uszczęśliwi wiem jak niewiele czasu będziemy mieć dla siebie. Będziemy mogli liczyć tylko na siebie tutaj. Wiem jak zmieni się moje ciało po porodzie. Zmiany po pierwszym porodzie jeszcze się pogłębią. Położna powiedziała mi, że tutaj zazwyczaj nie nacinają kobiet, a skoro już byłam raz nacięta  w Polsce to pewnie teraz pęknę  w miejscu blizny. I oby tylko tam.

Wiem, że dużo tych „boję się” ale sama nie wiem skąd u mnie tyle lęku. Mimo, że fizycznie czuję się teraz lepiej, a energii mam sporo i nie mogę doczekać się synka, strach doskwiera mi każdego dnia.

Duet Idealny czyli Tata i Misia

DSC_3554

Z gory przperaszam za brak polskich znakow w tej notce.

Ktos powiedzial, ze nie ma idealow? A juz na pewno nie ma takich facetow? To ja Wam powiem, ze mam w domu IDEAŁ MezCzyzny. Niee nie mowię bynajmniej o mezu ani o skrywanym w szafie kochanku :D O wadach męza moglabym napisac dosc obszerny poemat jak to kazda zona, a kochanka nie mam. Mowa o ojcu mojej coreczki. Obserwuję codziennie związek mojego dziecka z moim mezem i nie watpie, ze dla naszej corki tata to ideał mezczyzny !

Misia skonczyła 23 miesiace. Nadal potrzebuje mamy jak powietrza, ale z tata stworzyli wiez szczegolną, calkiem inna niz ze mną. Uwielbiam patrzec jak „tatuc” wraca z pracy a mala pochlania go i nadrabia czas, w ktorym go nie bylo. Potrafi sie juz przed nim popisywac i poniekad wie juz jak sprytnie podlizac sie swemu tatuciowi. Ten natomiast, zachwyca sie nia nieustannie i bawi jak dziecko. Tylko tatuc kapie z taka duza pianka, obcina najlepiej pazurki i grzywke oraz nosi na rekach kiedy tylko niunia zapragnie. Oczywiscie mama widzi mnostwo niedociagniec ze strony taty..:P Nigdy maz nie wie w co ubrac nasza kruszyne albo nie widzi ze buzke pasowaloby jej w koncu umyc. Ale to chyba juz tak u facetow jest. Gdy zapytam Misie kto kupil jej ulubione buciki oczywiscie odpowiedz brzmi tatuc.

No jasne, ze bywam zazdrosna. Zarowno o niego jak i o nia. Z drugiej strony nie ukrywam dumy i radosci, ze nasza coreczka tak bardzo kocha i potrzebuje swojego tate. Fakt, w nocy akceptuje jedynie mnie i to jest jeszcze problem do opracowania.

Kiedys myslalam, ze meza ocenia sie po tym tylko jak traktuje swoja zone. A teraz wiem, ze dla kobiety, matki wazne jest jeszcze cos innego. Dobry ojciec = dobry partner. Jeszcze bardziej kocham i doceniam meza za milosc ktora dazy nasze dziecko. Pamietam jak po porodzie, po 4 dniach spedzonych w szpitalu sam na sam z moja corka, nie mialam zaufania do nikogo kto bral i dotykal nasze dziecko, nawet do meza! Pamietam jego pierwsze zachwyty nad jego dzieckiem i cierpliwosc do mnie. Dopiero teraz rozumiem, jaka lawina nieznanych uczuc musi spasc na ojca po po porodzie. My matki nosimy dziecko 9 miesiecy pod sercem . Pewnie ze czesto goracym uczuciem do dziecka palamy dopiero jakis czas po narodzinach, ale facetom musi byc o wiele trudniej przywyknac do zaistnialej sytuacji.

Porod naszego synka tuz tuz. Jeszcze kilka tygodni a bedzie nasz czworo w domu. Maz nieraz mowi mi, ze boi sie, ze Misia pojdzie w odstawke, bo noworodek fizycznie po prostu potrzebuje bardzo naszego zaangazowania. Ja z kolei mam obawy, ze synek nie bedzie juz tak cieszyl mojego meza. A matce zalezy na uszczesliwieniu swojego partnera poprzez dzieci wlasnie.

Piekny jest fakt, ze ojcem naszych dzieci, ktore kochamy nad zycie  juz zawsze pozostanie ten jeden mezczyzna, nikt inny. I odwrotnie.

Każda ciąża inna

Oj tak to prawda….Moja pierwsza ciąża to ciąża wymarzona, piękna i lekka. 10km spacerku nie było dla mnie wielkim wyczynem. Im bardziej zaawansowana stawała się moja ciąża, tym więcej energii w sobie miałam. Zero jakichkolwiek problemów. Jedynym „mankamentem” były nocne napady głodu :)

Drugie dziecko, czyli mój synek nie daje mi tylu powodów bym tak wychwalała mój stan błogosławiony. Jestem w 33 tygodniu. Na plusie zaledwie 3kg a czuję sie jak słoń. Przy trochę szybszym chodzie dostaję zadyszki. Krocze tak bardzo boli, mam wrażenie że zaraz mi się kości rozwalą. Ostatnio przy depilacji z lusterkiem zauważyłam ogromne żylaki tam na dole…widok okropny. Wiem, że w Polsce duże żylaki, zawłaszcza te wewnętrzne są często powodem do cesarki. Tu mnie nikt nie zbadał ginekologicznie od 2 miesięcy. Jedynym badaniem jest pomiar ciśnienia i brzucha… W ogóle opieka medyczna tutaj pozostawia sobie wiele do życzenia. Mimo, że szpital piękny a położna przemiła…wszystko wydaje się tak zacofane. Anglicy bardzo narzekają na ich system. Ponoć wszystkie te zmiany spowodowane są cięciem kosztów. Jedyne co mnie pociesza to to, że to drugi poród, że zazwyczaj bywa lżej.

Nadal nie mamy imienia dla małego. To musi być taki strzał w dziesiątkę, żebyśmy czuli, że dane imię pasuje idealnie do naszego synka. Tak było z Michalinką, mimo, że nigdy wcześniej nie myślałam o tym imieniu jak o potencjalnym imieniu mojego dziecka.

Mały rusza się cudownie!! Jest jak mały pingwinek który szybko pływa pod wodą. Niesamowite uczucie. Ruchy Michasi były całkiem inne.

Michasia też powoli przygotowuje się do przyjścia na świat braciszka. Zrozumiała już, że w brzuchu mamy jest chłopczyk. Codziennie z resztą o tym coś mówi i dotyka mojego brzucha. A w ogóle to jest przekochana :P

Anglia i jej dziwacta

To kolejna część moich spostrzeżen z życia na emigracji. Jest kilka faktów, które mnie w tym kraju dziwią, niekiedy śmieszą. Jedne zasługują na pochwałę inne wolałabym po prostu zmienić. Ale do rzeczy :)

1. Pewnie wielu z Was słyszało o umywalce z 2 kranami. Tak jest u nas w mieszkaniu. Jedna mała umywaleczka i dwa krany, jeden wiadomo, od ciepłej wody, drugi od zimnej wody. To nie lada zadanie gdy po lewej mamy wrzątek a po prawej lód, gdy ty potrzebujesz wody letniej. To dość problematyczne gdy chcę dziecku umyć rączki.

2. Tutaj listonosz, czy kurier rządzi się innymi prawami. Mając do dostarczenia paczkę. która, wiadomo nie mieści się w skrzynce na listy, podrzuca ją pod drzwi bądź w jakieś inne miejsce, które sobie dostawca upodoba. Nieważne, że w paczce może na przykład znajdować sie wartościowy sprzęt, który zamówiliśmy. Myślę, że to ma związek z jakimś takim dużym zaufaniem społecznym. Nie wyobrażam sobie, że w Polsce wysyłam w kopercie dowód osobisty i oryginał jakiegoś ważnego zaświadczenia. Tutaj to zrobiłam.

3. Już tu raz pisałm o angielskiej uprzejmości. Czasem myślę sobie, że ktoś może o mnie pomyśleć, że jestem gburowata. Tutaj życzliwość występuje na każdym kroku, do czego my Polacy nie jestesmy przyzwyczajeni. W niemal każdej rozmowie telefonicznej zostaniemy zapytani „how are you”, nawet gdy już piąty raz tego samego dnia rozmawiamy z daną osobą.  Warto czasem dodać jeszcze „lovely” i inne upiększacze by nadać wypowiedzi ciepły wydźwięk :)Torchę to śmieszne, ale nie utrudnia to życia. Wręcz przeciwnie.

4. Cola bez cukru, cola dietetyczna i na każdym kroku jogurty 0% tłuszczu. Mam wrażenie że Anglicy mają fioła na tym punkcie. Nijak się to ma do innego jedzenia spozywanego przez nich. Czasem gdy mąż mówi co w pracy dali na obiad to nie mogę uwierzyć. Przykład: zapiekanka makaronowa z frytkami. Słynne angielskie fish and chips jest na prawdę smaczne, ale w towarzystwie fasolki staje się na prawdę „ciężkim” daniem. Niestety ale dość spory odsetek otyłych ludzi żyje właśnie na wyspach. Nawet Polacy mówią, że tu się tyje. Ciekawa jestem czy i nas dopadnie ta choroba. Oby nie !!

5. Każdy wie, że na wyspach pogoda zmienna jest jak cholera. Mało kiedy nie wieje wiatr. Szokuje mnie widok niektórych dzieci, które są ubrane w tshirt gdy ja dygoczę cała w swetrze. Nieraz widzę też kilkutygodniowe maleństwa bez skarpetek i czapeczki, z sinymi od zimna nóżkami i noskami.

6. Otyłość Anglików to jedna sprawa, ale takie ogólne zaniedbanie też daje się we znaki. Nie wiem z czego to wynika. Odzież tutaj kosztuje po przeliczeniu tyle co w Polsce. Kosmetyki też nie różnią się jakoś bardzo. Tych ludzi stać na takie podstawowe rzeczy. Czy to ma związek z leństwem? Nie wiem. Oczywiście nie wszyscy mają tę tendencję.

7. Brud w kawiarniach. Denerwuje mnie to. Mowa o znanych sieciówkach. W Polsce za kawkę w tych kawiarniach trzeba było wydać coś ok 10 zł. Ale zawsze było czysto ! tutaj wreszcie mnie stać by bez wyrzutów pójść raz na jakiś czas napić się kawy na mieście. Niepozamiatana podłoga, brudne łyżeczki i ociekające kawą kubki są na porządku dziennym. Szkoda, bo mogło by być o wiele przyjemniej.

8. Każdy wie, że na wyspach panuje ruch lewostronnyPotrzebowałam czasu by do tego przywyknąć. Zwykłe przechodzenie przez ulicę sprawiało czasem problem. Na głęboką wodę zostałam rzucona gdy musiałam przejechać 90km gdy kupowaliśmy samochód. Mąż z Misią w nowym, angielskim samochodzie a ja z brzuszkiem za nimi w aucie z kierownica po lewej stronie.

Bardzo podoba mi się to, że mając czerwone światło na przejściu dla pieszych nie muszę czekać aż zapali się zielona lampka. Jak nikt nie jedzie to po prostu idę. Ani nie zatrzymuję niepotrzebnie samochodów, ani nie tracę mojego czasu.

9. Czy ktoś chociażby w ostatnich latach interesował się w Polsce życiem pana Bronka K. i jego rodziny ? Pewnie nie. Tutaj królowa to autorytet prawdziwy i niepodważalny. Podoba mi się to. Lud ma kogoś komu ufa i kogo szanuje.

10. NHS, czyli tutejszy NFZ, a więc jednym słowem opieka zdrowotna jest całkiem inna, i jak na razie w mojej ocenie po prostu prymitywna. O tym wątku pewnie nie raz jeszcze się rozpiszę przy okazji moich ciążowych wpisów i porodu. Jak na razie nieco mnie to przeraża, że tak rozwiniety kraj stosuje metody jak z czasów naszych babć. Nie wszystko oceniam źle, ale żeby być bardziej obiektywna muszę tu jezcze pomieszkać i swoje przeżyć.

 

A Wy macie jakieś doświadczenia z Anglia i swoje spostrzeżenia  w tym temacie :)?

Misia i barany

Moje dziecko potwierdza opinię, że tym najmłodszym zmiany życiowe przychodzą najłatwiej. Wbrew moim obawom dotyczącym zmiany kraju a co za tym idzie zmiany klimatu, języka i otaczających ją ludzi, Misia radzi sobie wyśmienicie.

Wiatr? a komu on przeszkadza? Już na pewno nie jej. Odkąd tu przyleciałyśmy, moja mała zbuntowała się na wszelkie spinki i gumki do włosów. Nie ma mowy o czymkolwiek na głowie. Czasem udaje mi się coś przypiąć, czego potem bardzo żałuję. Zwykle zrzuca na spacerze i ślad bo najładniejszej spince zanika. To samo tyczy się czapki. I tak oto Misia, z wiecznie rozwianą, białą czupryną przemierza Anglię.

Język angielski? Ponoć dzieci chłoną jak gąbka. Oj tak ! Od 3 tygodni Misia powtarza dosłownie wszystko co usłyszy. Często nie ma to oczywiście sensownego brzmienia, ale ileż razy potrafi nas zaskoczyć, gdy powtarza jakieś słowo wypowiedziane przez mamę czy tatę. To samo tyczy się angielskiego. Trochę się boję, że od razu zacznie mieszać a ja nie będę potrafiła nad tym zapanować. Ustaliliśmy z mężem, że w naszym domu rozmowy zawszę będę prowadzone po polsku !

Cieszę się, że mamy tu gdzie wyjść czy pojechać by zafundować dziecku mnóstwo atrakcji. Bardzo podobają mi się tutejsze wsie. Jeszcze teraz widok umilają pola z kwitnącym rzepakiem. Coś pięknego! Do tego wypasające się bydło i barany. Jest tego mnóstwo.

Niestety ale pogoda, o której z taką euforią pisałam ostatnio, uległa diametralnej zmianie. Prognozy nie są też wcale lepsze. Deszcz i wiatr, którego przy niższych temperaturach nie udaje mi się zignorować. Pozostaje siedzenie w domu albo wyście do bliskiego outletu gdzie jest częściowo zadaszony plac zabaw. Są tez plusy. Tutaj każdy wychodzący promień słońca cieszy stokroć więcej, a godzina bez wiatru…..ach :)

Michalinka od tamtego tygodnia zrezygnowała z dziennych drzemek. Jak dla mnie to wyzwanie, muszę nauczyć się żyć bez tej ukochanej godziny ciszy i nierobienia nic. Dziś jednak, po płakliwej nocy dziecko moje śpi. Stąd ta notka.

Dużo ostatnio w mojej głowie kłębiących się myśli. Tak bym tu chciała czasami dużo napisać, ale czasu mi brak..

Nutella i inne spostrzeżenia

Mija mi już 4 tydzień na emigracji, w naszym nowym domu, nowym państwie. Nie chcę używać słowa ‚obcy’. Ani mi się ono nie podoba ani nie chcę by funkcjonowało ono dłużej w moim i naszym życiu. Niniejszy wpis nie jest żadną reklamą emigracji, broń Boże. Nie jest też przestrogą dla tych, których o niej myślą. Są to moje pierwsze spostrzeżenia dotyczące życia tu, w Anglii.

Dni mijają mi tu bardzo szybko. Jesteśmy w trakcie meblowania naszego mieszkania. Bardzo mi się ono z resztą podoba. Mam to co chciałam, czyli duży pokój łączony z kuchnią, co w przypadku posiadania małych dzieci jest idealnym rozwiązaniem. Mam Misię na oku. Poza tym są jeszcze dwie sypialenki. Wiadomo, jedna dla rodziców druga dla dzieci :) Nasze meblowanie polega na wyszukiwaniu okazji i okazyjek, które wierzcie mi, na prawdę się trafiają. Ludzie tu sprzedają i oddają niemal wszystko. Standard i ceny bywają rożne. Do tego mamy haritage shopy, w używanymi rzeczami. Na okolicę też nie mogę narzekać, bo mam wokół dużo zieleni, plac zabaw, rzeczkę i małą farmę z 2 końmi a wszystko to niedaleko centrum. Miasto zamieszkuje ok 190 tys ludzi. Mówią, że jest brzydko i tak przemysłowo. Na szczęście nie odbieram tego tak. Ważne, że mąż ma niedaleko pracę a ja zieleń wokół.

Angielski, to jest dopiero wezwanie. Znam wiele słów, umiem powiedzieć dużo sensownych zdań ale czy mój wyuczony  w polskiej szkole akcent jest dla nich zrozumiały ? Niezbyt ! Największe problemy mam ze słuchaniem. Prawda jest taka że większość czasu spędzam z córeczką i nie mam okazji do codziennych konwersacji, jak mój mąż, który co dzień ma to w pracy. To jednak kwestia czasu :) Jeszcze będę gadać !

Pogoda była jak dotąd wymarzona, dużo słońca i oczywiście wiatru, na który nie mam prawa narzekać skoro jesteśmy na wyspie. Staram się (choć czasem trudno) udawać, że go nie ma i chodzę w związanych włosach.

Ludzie tu są inni niż w Polsce, mam na myśli odmienną mentalność. Pierwszy weekend tu nie był dla mnie łatwy, wciąż myślałam o rozstaniu w Polsce. Anglicy to ludzie uśmiechający się, tak po prostu. Nawet nie wiecie jak bardzo budziło to moją irytację i niechęć do tego angielskiego świata w ten wspomniany weekend. Z dnia na dzień, gdy pojawiała się we mnie coraz większa chęć aklimatyzacji, zdałam sobie sprawę z tego, że przecież nie każdy z tych uśmiechów napotkanych na twarzach przechodniów musi być nieszczery. Bo po co mieli bo to robić ? Po co pan w supermarkecie miałby się mnie pytać jak się mam i życzyć mi miłego weekendu? i jeszcze to ich  smieszne „lovely” tak często używane.. Ahh zaraz przypominają mi sie umęczone panie w polskich sklepów, które jak automat mówią ‚dziękuję zapraszam ponownie’. Fakt, że zapewne pan z angielskiego supermarketu żyje na o wiele lepszym, godnym poziomie niż nasza polska ekspedientka. Wiele z resztą czynników składa się na światopogląd i podejście do innego człowieka. Różne są tez oczywiście charaktery.

Myślę, że na mentalność danego narodu składa się także historia i sytuacja teraźniejsza. Polska, biedna kraina, rządzona przez grabiących ją „patriotów” nie daje ludziom wielu nadziei na lepsze jutro, już od ponad 20 lat. W maju wybory, my też ze Swindon możemy przyczynić się w jakiś sposób dla naszej Ojczyzny. Trochę tylko nie wiemy na kogo głosować. Wiemy za to na kogo nie.

Tutaj jest jakoś łatwiej. Jestem tu kilka tygodni a już mogę to powiedzieć. Słoik tytułowej ukochanej z resztą nutelli był w Polsce dla mnie rarytasem, nie na każdy miesiąc. Tutaj, rzecz normalna, co śmieszne po przliczeniu niemal tak samo „droga” jak w Polsce. Nutella to przykład jeden z wielu, można by mnożyć i mnożyć.

Wiadomo, nie dla Nutelli tu jesteśmy. Tęsknię za Polską, za rodziną. Ale jakoś coraz bardziej się przekonuję, że tu mamy o wiele większą szansę zawalczyć o lepszą przyszłość dla nas i naszych dzieci.

Jak już tam bardzo tęsknię za Polską to włączam sobie „Nie pytaj mnie o Polskę” wyk. K. Zalewskiego :) Jak byłam w Holandii to bardzo się z tą piosenką utożsamiałam. Teraz mam nieco inne podejście, mniej romantyczne, może bardziej realne po prostu…

Serce rozdarte

To może poczuć tylko emigrant, ktoś kto codzienność spędza pod obcym niebem, na obcej ziemi. Do końca byłam twarda, sprawne pakowanie,poranne śniadanie i ciągłe rozmyślanie o tym żeby o niczego nie zapomnieć. Na lotnisko odwieźli mnie rodzice i siostra. Towarzystwo wymarzone ale czy na pewno? Wkrótce zaczęłam żałować, że nie wiezie mnie ktoś obcy, z ktorym więcej się nie zobaczę, któremu powiem krotkie „do widzenia”. Nikomu nie było by żal, każdy poszedł by w swoją stronę.

Na lotnisko wolałam przyjechać z wyprzedzeniem, zawsze to bezpieczniej. Misia była zachwycona,  w końcu tyle schodów ruchomych. Obserwowałam jak na terminal co rusz wchodzi rodzina z dziećmi. Byłam w szoku. Dopiero wtedy ujrzałam skalę emigracji. Kwiat narodu !! Sami młodzi ludzi z małymi dziećmi. Myslałam, że będę jedną z nielicznych matek, która tego dnia leci z małym dzieckiem. Jakże się myliłam.

Wybiła godzina 10.00, wzięłam w wózek córcię i poszliśmy wszyscy pod bramkę „ostateczną”. Jakoś trzeba było się pożegnać. Nie umiem, teraz wiem, że nie umiem się żegnać, nie chcę. Osobno musiałam przeżyć pożegnanie Misi z dziadkami i ciocią. Nie wiem, które z tych pożegnań bolało bardziej. Widok machającej do końca rodziny jest wprost żałosny, przykry.

Lot był świetny, Michasia, wbrew moim obawom była przewspaniała. Cały lot przeskakała w przejściu. Przy lądowaniu klaskała a mnie uszy i głowa pękała jak zwykle podczas lotu. Nie podali nam wózka pod samolot i musiałam dźwigać Michalinkę i plecak przez długie korytarze. Myślałam, że tam urodzę, bo już na prawdę nie czułam się najlepiej. Jeszcze tylko zostało nam odebrać  wózek. Michalinka bardzo aktywnie szukała razem z mamą. Zapomniala nawet, że jej pora drzemki już dawno minęła.

I znowu łzy, tym razem szczęścia. Na czele wszystkich czekających na swoich bliskich ludzi stał z dwoma bukietami róż mój mąż. W ustach miałam tak zaschnięte po tej podróży a wystarczył jeden cudowny całus by zrobiło się o niebo lepiej. Tm razem musiałam przeżyć podwójne powitanie, też nie wiem które bardziej wzruszające. Tata wziął swoją małą dziewczynkę na ręce i wycałował. Mimi była nieco zawstydzona,  w końcu 5 tygodni była bez taty.

Tego dnia moje serce rozdarło się na pół. Z tym przyszło mi żyć jako emigrantce. Jestem szczęśliwa, bo mam dla kogo żyć.

O pierwszych tygodniach wyspiarskiego życia kiedy indziej..

Home is wherever Im with You..

Ostatnie dni stały pod znakiem zapytania czy aby na pewno uda mi się polecieć z Michalinką w piątek. Otóż, okazało się, że moja szyjka macicy nieco zmiękła a jej długość nie jest zbyt satysfakcjonująca. Wiadomo, w 22 tygodniu ciąży takie wieści są po prostu bardzo złe. Mając w planach emigrację z małym dzieckiem, brzmi to nawet jak wyrok. Cały wielki tydzień i święta przeleżałam. Wczoraj wieczorem lekarz dał mi zieloną kartę…mogę lecieć. Opłacało się leżeć. Nie mniej kończę z jakimkolwiek dźwiganiem Misi. Nie możemy dopuścić do przedwczesnego porodu czy innych komplikacji. I tak czuję się już jak wieloryb, ociężała i obolała. Muszę więcej dbać o siebie.

Dziwne, sprzeczne emocje mną targają. Panuje wielki chaos…pakowanie, planowanie itd. Do tego płakać mi się chcę, bo odbieram babci i dziadziowi ukochaną wnuczkę a małej cioci super koleżankę. Nie będziemy widywać się tak często jak nam się tylko zechce. Nie wyjdę z Misią na jej ukochane podwórko do pieska. Miesiąc spędzony w domu rodziców sprawił, że moje dziecko jeszcze bardziej się rozwinęła. Stała się bardzo śmiała do ludzi, przytyła jakies 1,5 kg, najchętniej siedziała by tylko na polu a do tego bardzo zżyła się ze wszystkimi.

Z drugiej strony jak szalona czekam na spotkanie z mężem. Nie mogę się doczekać naszego całusa na lotnisku i naszej radości z bycia w końcu razem. I tak jak napisałam w tytule, nasz dom będzie tam gdzie my będziemy razem. Pewnie jeszcze nie raz napiszę, że chcę uciekać pierwszym, lepszym samolotem. Mam nadzieję jednak, że nie będziemy żałować tej decyzji, że w końcu zapuścimy gdzieś nasze korzenie.

Ciekawa jestem jak Mimi zniesie lot…

Tęsknota i Jajeczka Wielkanocne

Dopiero minęło 2 tygodnie odkąd wyjechał mój mąż. Nie wiem jak dawniej ludzie wyjeżdzali, opuszczali swoich bliskich a nie mieli telefonów i skypa. Liczyli tylko dni do następnego listu. Pewnie był w tym wielki urok, ale nie umiem sobie tego w obecnej sytuacji wyobrazić. Tęsknię do męża bardzo, chciałabym żeby po prostu z nami był. Żeby mu popatrzyć w oczy, powiedzieć dzień dobry i dobranoc, poczuć jego zapach i potrzymać za rękę. Tęsknię za moim mężczyzną a nasza córeczka za tatą. 10 kwietnia lecimy do niego. Zaczniemy tęsknić za czym innym. Brakować mi będzie Polski, polskiego języka, rodziców, rodzeństwa, znajomych. Tak sobie myślę, że każdy do czegoś, kogoś tęskni.

Mąż znalazł nam już mieszkanie. Niestety jest nieumeblowane, wiec będzie musiał trochę gratów zorganizować nim dolecimy do niego. Mnie czeka wielkie pakowanie pudeł i ich wysyłanie. Zrobiłam już internetowy kurs z chemii, o którym pisałam. Jestem z tego bardzo dumna, bo dawno nie zrobiłam czegoś dla siebie. Mam nadzieję, że to zaowocuje. Na początku miałam wątpliwości. Dawno się czegoś nie uczyłam, a jeszcze ten chemiczny angielski. Ogólnie bardzo mi się podobała ta praca z kursem choć bardzo niewiele miałam czasu w ciągu dnia na to. Dzięki Sylwik ;)

Ciąża, moja ciąża jest całkiem inna niż pierwsza. Jesteśmy już, a może dopiero za połową. Brzuch o wiele większy niż to było z Misią. Najlepiej chodziłabym okrakiem bo boli mnie krocze. Z dzieckiem wszystko w porządku tylko, że jak się okazało, nie jest to dziewczynka. Będziemy mieli chłopca. ! Trochę szok. Człowiek się już nastawił na jedno a tu proszę, jaka nowina. Dostałam na Wielkanoc jajeczka. Tylko czy będę umiała je oporządzać  :P ? Imię też już mamy. Póki co podoba nam się Dawid. Ehh, a tyle już dziewczęcych rzeczy podałam do Anglii :)

Już za niecałe 3 tygodnie przetransformuję swoje życie i naszej córeczki. Boję się bardzo tych zmian. Ale kto powiedział, że początki są łatwe i przyjemne. W końcu będziemy razem !!

dwoje to nie jedno, czyli co z tą miłością

Już wydawało mi się, że oszaleję z miłości do mojej córki, że już nie da kochać się bardziej. Stoję przed kolejnym zadaniem, czyli kochaniem dwójki. Tak, wiem, wszyscy mówią, że kocha się tak samo, a ja jestem zdumiona. To się tak da? Mama zawsze mi mówi, że kocha nas, czyli swoją trójkę tak samo ale każde na inny sposób bo każde z nas jest po prostu inne.

Od wczoraj czuję ruchy mojej małej dziewczynki. Tydzień wcześniej, bo to w końcu druga ciąża i wiem czego oczekiwać. Ruchy są jednak całkiem inne niż w przypadku Misi, która od początku sadziła kopniaczki. Marysia zdaje się być nieco bardziej subtelna i czuję póki co delikatne omskiwanie się o mnie.

Tak, wszystko wskazuje na to, że będę miała w domu dwie córeczki a mąż babiniec. W pierwszej ciąży nie chcieliśmy znać płci do do samego końca, co bardzo bardzo polecam, bo to wspaniałe przeżycie usłyszeć z ust położnej co się urodziło. W tej chwili sytuację mamy bardziej skomplikowaną i woleliśmy się dowiedzieć. Muszę wiedzieć co wysyłać i pakować do Anglii, a rzeczy po Misi jest od groma. Wiecie, kiedyś myślałam, że jak się ma już chłopca, to chce się mieć następną dziewczynkę i odwrotnie. U nas było inaczej. Totalnie było nam to obojętne. Oby zdrowe! Dziewczynki są takie wspaniałe i bardzo się cieszę, że będzie ich dwie. Choć zawsze trochę współczułam mamom samym chłopców…babcia miała ich pięciu i żadnej dziewczynki. Tak, wiem..chłopcy są też cudowni :)

Jest tylko jedno nurtujące pytanie. Jak na obecność dzidziusia zareaguje Michalinka. Mam wrażenie, że uzależnia się ode mnie z czasem coraz bardziej i bardziej. Nie chcę, by poczuła się odrzucona. Z drugiej strony boję się, że nie od razu zapałam wielkim uczuciem do małej córci i nie dam jej w pierwszych dniach życia tego najważniejszego. Pewnie to wątpliwości większości matek spodziewających się kolejnego potomstwa. I pewnie wszystko przychodzi naturalnie :)

 

 

Zaczęło się dziać

Tak pokrótce streszczę co u nas. Nie mam ostatnio kompletnie czasu na rzeczy typu blog. Z jednej strony szkoda, z drugiej, coś tam się zaczęło u nas dziać i pewnie gdy osiągnę stabilizację będę częściej tu pisywać.

Lecimy. W piątek zapadła decyzja o naszej emigracji do Anglii. Najtrudniejsza, a zarazem najszybsza decyzja w naszym życiu. W środę mąż dostał tam pracę w swoim zawodzie, a w piątek już potwierdził. Wszystko uzgadnialiśmy między sobą w czasie szybkich rozmowach telefonicznych. I dobrze, bo jeszcze byśmy się rozmyślili, a tak już raczej odwrotu nie ma. Mamy teraz sporo załatwień związanych z mieszkaniem i kredytem tutaj, dokumentami itd itd. Nie ma czasu na emocje, bo i tak przyjdzie na nie czas, a ich się boję. Mąż jedzie początkiem marca, my planujemy dolecieć w kwietniu.

Co poza tym? Jestem już w 17 tygodniu. Czuję się dobrze, chociaż z mojej twarzy nie znika trądzik, którego w pierwszej ciąży nie doświadczyłam. Oprócz tego dopadła mnie ogromna chęć na słodkie!! Dziwne bo do tej pory nie przytyłam jeszcze ani grama. Martwię się, że za mało o siebie dbam. Non stop dźwigam 10 kilo w postaci mojej córci. Domowe obowiązki nie sprawiają mi kłopotu, ale końcem dnia czuję się wyczerpana. Michasia oczywiście zasypia dopiero ok 23. Mało mam czasu dla siebie, a planuję podjąć się miesięcznego kursu online z chemii. Dzisiaj byłam z niunią u fotografa i mamy jej pierwsze zdjęcie dowodowe. Śliczne!

Trzymajcie kciuki za najbliższe tygodnie bo zapowiadają się na bycie ciężkimi..

o Mężczyznach i tych sprawach

Dziękuję za wszystkie gratulacje i dobre słowa pod ostatnim wpisem. Chciałam się dzisiaj podzielić z Wami moimi ostatnimi przemyśleniami dotyczącymi mężczyzn. Wiecie, nie było by ostatnio tak pozytywnego wpisu dotyczącego mojej drugiej ciąży gdyby nie mój mąż. No bo, która kobieta cieszyłaby się tak na wieść o kolejnym dziecku mając tak kiepskie okoliczności materialne jak my? a do tego mając już w domu bardzo wymagającego półtorarocznego szkraba ? wydaje mi się ze ‚wpadka’ w takich okolicznościach nie każdemu przysparza radość.

Chciałam dzisiaj napisać o roli mężczyzny w życiu przyszłej matki i dziecka. Nie jedna z Was się ze mną zgodzi, gdy powiem, że JEgo wsparcie bywa najważniejsze. O pierwszej ciąży powiedziałam mężowi wieczorem i włożyłam pod poduszkę zdjęcie  z usg mówiąc, że tam znajduje się jego prezent urodzinowy. Tak też się stało. Termin porodu się opóźnił i urodziłam w święto męża. Radość męża o tym, że zostanie ojcem była wielka, wszak chcieliśmy zostać rodzicami. Co prawda dość szybko się udało. Drugą ciąże mąż dostał na mikołaja. Przyszedł o 23 do domu i dostał torebkę z prezentem w której na samym dnie był test ciążowy. I wiecie co…..on myślał, że to klips ze sklepu odzieżowego…:D Kolejnym pytaniem było..”a dwie kreski to tak czy nie?” :D  A tak poważnie, trochę obawiałam się reakcji męża tym razem. Nie planowaliśmy ciąży w tym czasie. I wiecie co zobaczyłam na jego twarzy ? Szczęście, to była prawdziwa radość. Trzymał na rękach naszą Michasię i cieszył się, że urodzi nam się drugie dziecko. Wiem, jak każda kobieta tego potrzebuje, gdy dowiaduje się o ciąży. Wiem, że nie każda może na to liczyć. Są mężczyźni, nie chcący mieć dzieci, są i tacy tchórzliwi, którzy się zwyczajnie boją. Są i tacy, którzy winią kobietę. Są niestety i tacy którzy odchodzą….. Kobieta, matka zniesie wiele. Myślę jednak, że bez prawdziwego wsparcia kobieta, matka popełnia niekiedy wiele błędów nieśwaidomie. Jest czasem zbyt słaba by podołać całemu trudowi jaki na nią spada. Ciąża to ważny etap, w który także wpisuje a przynajmniej powinien wpisać się przyszły tata. Poród, tu zdania są podzielone, ja jestem za rodzinnym, jeśli ma się na tyle odpornego mężczyznę. Ja miałam dosyć ciężki poród i stwierdziłam, że jako facet bym tego nie wytrzymała. Mój mąż dał radę i bardzo był chwalony przez położne, przy których rodziłam. Najważniejsze jest dla mnie to co następuje potem i trwa już całe życie a więc wychowanie. Wiecie jak bardzo mój mąż urósł w moich oczach jako ojciec naszej Misi? O jakich pokładach czułości i wrażliwości dowiedziałam się dopiero teraz. Cały czas z resztą mnie czymś zaskakuje. Teraz Michalina wkroczyła w etap ‚zabawa i przytulanki na przemian” w czym tata sprawdza się idealnie. Z zazdrością nieraz patrzę na ich wygłupy. Mam wrażenie, że nie potrafię tak. MAtka myśli czy dziecko nie głodne, nie zimnie i nie mokre. Tata, jak duże dziecko jest super kompanem. W zeszły weekend na prawdę byłam zazdrosna bo mój M. powiedział, że Misia to jego najlepsza dziewczyna :)

Mam dosyć bliską koleżankę, która mieszka i pracuje w naszej stolicy a przy tym szuka męża. Chodzi na wiele randek. Co prawda ma wymagania. Najlepiej żeby był w miarę ustawiony, miał niezłą pracę itd. Nie ma problemu, takich w stolicy jest na pęczki. Raz spotyka się z prawnikiem, drugi raz z jakimś agentem z policji. Był też i właściciel restauracji. Wszyscy inteligentni, pachnący dobrymi perfumami i zabawni. Nie sposób się z nimi nudzić. Jest tylko jedno „ale”. Wszyscy z nich to tchórze. Każdy powtarza (a są już po 30stce), że nie chce mieć na razie żony i dzieci, że nie czuje się gotowy. Koleżanka w żartach mówi, że nawet jakby z którymś przytrafiła się ciąża to dziecko odziedziczy dobre geny. Hmm i tu jest zonk. Brak mi w tym odpowiedzialności za to małe życie, które w tak licznych podbojach randkowych mogło by raptem się pojawić. Moja koleżanka na pewno nie zdaje sobie sprawy z tego, jak jednak ważny jest mężczyzna w życiu matki i dziecka. I takich kobiet jest wiele…. Niby chcą spotkać tę jedyną miłość a z drugiej strony tak łatwo dają się „złowić” i odkryć swą całą tajemnicę.

Dużo się mówi o wychowaniu do życia w rodzinie tudzież wychowaniu seksualnym w szkołach. Ja takiego kursu nie przechodziłam ( na szczęście). Słyszałam co nieco o programie. Ponoć uczy się na nich zakładania prezerwatywy? A ogólnie mówiąc antykoncepcja jest tam chyba najważniejszym tematem. Taka wiedza ma pomóc dzieciom i młodzieży zapobiegać niechcianym ciążom i w dorosły sposób podchodzić do tematu seksu. Ta wiedza ma się przyczynić do udanego życia seksualnego.

Moim zdaniem edukacja seksualna powinna zacząć się w domu, w rodzinie. I nie mam bynajmniej na myśli nauki o antykoncepcji. Mam na myśli edukację o ODPOWIEDZIALNOŚCI. Nie będę się tu rozwodzić nad moim podejściem do antykoncepcji. Nie mogę jednak zrozumieć jak wiele kobiet nie zna swojego ciała, nie uczy się go, nie mają pojęcia kiedy mogą mieć dni płodne a kiedy nie. Wiem, w niektórych przypadkach bardzo ciężko o taką wiedzą, kiedy organizm co rusz płata figla.

Czym jest odpowiedzialność seksualna ? Czy każdy młody człowiek jest uczony tego, że seks może równać się rodzicielstwo? Że nawet antykoncepcja może zawieść ? Że seks jest czymś pięknym i stworzonym dla ludzi i że ten seks z miłości wykracza poza nasze ciało ? że jest czymś więcej? Czy edukacja seksualna w szkoła porusza takie tematy? Nie wiem sama. Ale przerażają mnie opinie o „wypróbowaniu i dopasowaniu seksualnym”. Różnie to bywa, jedni przed ślubem, drudzy po. Wydaje mi się, że nad ów dopasowaniem nieraz pracuje się latami. Jedno wiedziałam, gdy po raz pierwszy spałam z moim mężem (wtedy jeszcze chłopakiem), że jestem dla niego wszystkim a on dla mnie.

Dziewczyny, bądźcie cierpliwe gdy szukacie tego jedynego. Warto dawać się odkrywać stopniowo, lecz zawsze być nieco tajemniczą. Warto czekać aż On powie, że jesteś dla niego wszystkim, że chce Cię taką jaką jesteś na całe życie. Seks, jest piękny i potrzebny ale nie najważniejszy bo przychodzą chwile w życiu (jak chociażby połóg czy choroba) gdy najważniejsze wtedy jest uczucie i ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

Jeszcze Cię nie znam, a już Cię kocham

Ponoć Bóg najbardziej się śmieje, gdy widzi nasze ludzkie plany. Pewnie niezły miał ubaw gdy widział moje starania o pracę, gdy widział jak rozglądam się za ofertami pracy i doktoratów w Anglii.

Jestem w ciąży, spodziewamy się drugiego dziecka. 14 tygodni noszę w sobie mały skarb, który pojawił się niespodziewanie i przyniósł ogromną radość ale i lęk i wiele niewiadomych. Moment, w którym zaszłam w ciążę z ludzkiego punktu widzenia był i jest jak najbardziej nietrafiony. O naszej nieciekawej sytuacji traktuje chociażby ostatni wpis. Z resztą z Michalinką nie było lepiej a mimo to przyjście na świat naszej córeczki uczyniło nasze życie pełniejszym i piękniejszym. Oczywiście planowaliśmy z mężem rodzeństwo dla Misi i nie chcieliśmy aby między dziećmi była duża różnica wieku. Oboje pochodzimy z rodzin 3-dzietnych i taki model nam się najbardziej podoba. No ale my o drugim myśleliśmy myśleliśmy tak za rok…

Ledwie Michasia skończy 2 latka a już kolejny brzdąc pojawi się na świecie. Wiecie co ? Cudownie!! Najbardziej cieszy mnie to, że noszę rodzeństwo dla Michalinlki. Całkiem inaczej przeżywam tę drugą ciążę niż pierwszą. Nie pieszczę się tak, nie czytam co tydzień co dzieje się z rozwojem mojego dziecka. Chodzę do lekarza i chcę by moje dziecko urodziło się zdrowe. Rzeczywistość tak na prawdę wypełnia Michalinka. Jest dość wymagającym dzieckiem, stąd i dni i noce pochłonięte są niemal do końca przez nią. Nie mogę sobie uświadomić, że pod moim sercem bije małe serduszko. Myślałam, że drugą ciąże przeżywa się inaczej. Pewnie gdy poczuję ruchy, wzrośnie też moja świadomość.Mimo to  Kocham to moje nieznane, malutkie stworzonko i jak szalona cieszę się za każdym razem gdy widzę obraz usg. Swoją drogą jak dobrze pójdzie to znowu mleczna droga się powtórzy :) Juz nie mogę się doczekać !

Oczywiście w myśl odpowiedzialnego rodzicielstwa cały czas dążymy do zmian, o których wcześniej pisałam. Chcę aby moim dzieciom niczego nie brakowało ani miłości ani godnego bytu. Myślę że wszystko da się zrobić…